status update

Dotychczas Mordor był miłosierny, a ludzie naprawdę wspaniali, ale naiwnością byłoby myśleć, że nie trafisz na ludzi przepełnionych zwykłym chamstwem i ignorancją. Po tylu latach powinnam mieć wyrobiony już gruby pancerz obojętności. Ale nie. Mordor ma też swoje lepsze oblicze, ale to potem.

Samotna matka dwójki dzieci na pełnym etacie to jest jazda bez trzymanki. Logistyka dnia codziennego – zawieź, przywież, przygotuj, katar, gorączka, alergia, pranie, sranie, kot się zeszczał, a po drodze zakupy, magiel, znowu zapomniałam podlać kwiatki. Wszystko to okraszone dużą dawką Mordoru, latem jak zawsze bujnie okraszonego brokatem srebrem złotem i bombkami. W dodatku bez tego posranego mostu poruszanie się samochodem po Warszawie jest sportem dla ludzi o wyjątkowo silnych nerwach. Tak tak, trudno być zapaloną rowerzystką w trybie samotnej matki, przynajmniej nie na tych odległościach.

Wsparcie jakiekolwiek pojedyńczo i z doskoku, nie wiem jak ogarniają rzeczywistość inne dziewczyny. Błogosławione babcie, nianie czy jakiekolwiek inne dobre dusze, które pomogą zabezpieczyć tyły. Tak czy owak kołdra zawsze jest z którejś strony za krótka i wyrzuty sumienia nie dają spać.

I uporczywa myśl, że gdybym urodziła się po niewłaściwej stronie morza Śródziemnego, może to moje dzieci leżały dziś na plaży. Wstyd mi za to, co się dzieje w dzisiejszym świecie, w moim kraju. Nie mam słów albo za mało wina, żeby o tym opowiadać.

.

Musiałam zajrzeć do poprzedniej notki, żeby upewnić się, kiedy tu byłam i ile wody w Wiśle upłynęło. Z perspektywy poprzedniej notki, półroczny przegląd celów ma się chujowo. Odkąd spalili most, robię 25 km dziennie do Mordoru i spowrotem, permanenta dieta (z momentami kryzysu w rodzaju pudło lodów i pizza), i gówno, nc, nul, zero. Im bardziej postanawiam, tym gorzej mi to wychodzi, najwidoczniej już zawsze będę gruba.

Czasu dla siebie aktualnie nie mam wcale, bo roboty po kokardkę, a w statusie samotnej matki, to już nie wiem, w którą stronę wiosłuję, ale wiosłuję, byle utrzymać się na powierzchni, jak mawiał mój znajomy. Plan podróżniczy chwilowo odjechał w nieznane, jako, że na horyzoncie pojawił się inny. Póki co jednak męczy mnie obecne status quo i życie pomiędzy.

Co się da, zamiatam pod dywan, żeby nie zwariować. Czasami wydaje mi się, że wszystko we mnie umarło i taki mam dystans do świata,że nic mnie już nie ruszy.

A potem zdarza się upalna noc, pełna zapachów, dźwięków i wspomnień i wszystko się we mnie rozpada na małe kawałeczki, ściska za gardło i płaczę, płaczę w ciemności.

jar of flies

Spodobała mi się facebookowa akcja, nasz słoik w kolorowe witrażowe serca stoi na oknie, i zabawne jak on działa, bo nawet mały Sz. wrzuca swoje wymiętolone karteczki. Musi będzie bardzo szczęśliwy ten rok.

Podsumowanie zrobiłam przy poprzedniej wizycie, jako wisienkę na torcie powinnam dodać, że stuknęło mi 10 lat pożycia, huhu, małżeńskiego. Tej kuwety nie ogarniam zupełnie, jak to się mogło stać, że jest, że działa i że nic nie zapowiada zmian na tym polu. Pierwszy raz od bardzo (baardzo) dawna udało nam się zwać samym w ciepłe na tydzień. Konstatację mam taką, że nie nadajemy się do restortów na dłużej niż 3 dni, żeby wyleżeć, wygrzać i doczytać zaległe książki. Potem już niesie do bratania się z lokalsami i poznawania prawdziwych miejsc.  Zrobiliśmy chyba prawie wszystko, co się dało i na koniec mam taką refleksję, że Egipt to piękny kraj i nie zasługuje na tych cebulowo-buraczanych turystów, którzy go odwiedzają.

Końcówka roku dla równowagi dała mi po dupie, ale nie mam nawet siły o tym pisać. Jedynie,  że trzeba robić zawsze ile się da, żeby już po wszystkim nie mieć wyrzutów sumienia.

Pierwszy raz w życiu na serio mam postanowienia noworoczne, ciekawe jak  pójdzie.
Ponieważ i tak zaglądam tu 3 razy do roku, to będzie dobry sprawdzian, jak mi poszło.
- znacząco zbliżyć się do planu ucieczki w nieznane, zarówno finansowo, jak i trasowo;
- znacząco powrócić do wagi sprzed posiadania dzieci;
- odzyskać przynajmniej część czasu tylko dla siebie;

Howgh, wish me good luck.

podsumowanie roku 2014

Hahaha. Poprzednim razem pisałam w styczniu, dziś mamy wrzesień, więc przy takiej częstotliwości w sumie mogę zamykać rok, prawda? Zabawne, że nie umiem wyrzucić tego bloga, chociaż dopiero angina i tydzień wpatrywania się w sufit, ściany, okna, kurz unoszący się w powietrzu skłoniły mnie, żeby zasiąść. Pewnie dlatego,że ktoś ostatnio pisał z nutą sentymentu o blogach, to i mnie w miękkie trafiło.

W styczniu miałam operację. Mam się świetnie i była to bardzo dobra decyzja tak się dać pokroić. Rzuciłam też pracę, więc miałam dużo wolnego czasu do przelewania. Albo tak mi się wydawało, zaczęłam doceniać go jakoś w marcu chyba.
Wtedy też Syn duży został zabrany z rejonowej placówki na rzecz projektu pt Unschooling.
Po pół roku mogę powiedzieć, że to też była dobra decyzja, która poprzestawiała nam wszystkim trochę w głowach. Nie ma odwrotu. Rykoszetem Mniejszego też zabraliśmy z placówki rejonowej, jako że za mały na unschooling rezyduje w Montessori, które jest najbliższe tego, co myślimy o edukowaniu dzieci. Mali ludzie nieustająco dostarczają mi wielu siwych włosów i zmarszczek mimicznych, w związku z tym ich światłe rozważania postanowiłam zacząć zbierać tu.

Długo nie byłam bezrobotna, co więcej ogarniała mnie panika i pustka w głowie na myśl, że powinnam czymś się zająć. Powinnam, nie powinnam, chciałam. Ale po 6 latach w korpo musiałabym chyba przez rok robić nic, żeby się zregenerować. No więc, jak zadzwoniło konkurencyjne korpo poszłam na rozmowę. Trochę dla jaj, trochę z ciekawości, jak po tej drugiej stronie barykady. No i jestem tu teraz w jeszcze bardziej szklanym biurowcu, w jeszcze większym Mordorze, ale co zabawne w poczuciu normalności i spokoju. Musiało się  tamto wszystko wydarzyć i trzeba mi było przejść długą drogę z terapią włącznie, żeby mieć zen, spokój i dystans. Tylko tęsknie za wariatami.

No i słuchaj Krysiu, byłam jeszcze w tym roku na Openerze, który był o tyle ważny i szczególny, że był dość rockowy na tle pozostałych. Wprawdzie FNM zostawił mi nieco niesmak, takoż i Black Keys, za to mój najulubiony zespół dowiózł w 300%, więc gęste łzy wzruszenia.  Chorzuffeeel.

Skóra mi złazi z nosa, po 40stu stopniach w Tbilisi ciężko adaptować się w Poldonie, im jestem starsza tym bardziej potrzebuję słońca i ciepła. Spełniłam swoje małe marzenie i pływałam z delfinami. Tu niby ciepło jeszcze, ale swetry i długie spodnie, więc znowu dopada mnie myśl, żeby spadać. Zamiast tego spadła mi temperatura i może zwalczę tę pieprzoną anginę.

idzie nowe

Hesus, nie wiem od czego zacząć.
Rzuciłam pracę, to raz. Próbuję zmienić dziecku szkołę, to dwa. Pojutrze idę się pociąć i zaczynam srać po nogach ze strachu, ale dla niepoznaki obracam wszystko w żart, jak zwykle. Generalnie wywracan wszystko do góry nogami i zobaczę co wyjdzie. Nie, nie mam nowej pracy, nie mam planów, nie wiem. Idzie nowe, miłość, młodość pożądanie, może i bloga w końcu przeniosę w jakieś strawniejsze miejsce, bo za diabła się nie polubię z nowymi wciąż dla mnie okolicznościami.

octoberfest

Festiwal kaszlu, kataru, temperatur, wymiotów. Podaj literę, a ja podam Ci dolegliwość, która dotknęła nasz dom w ostatnich 2 tygodniach. Kurwamać. W takich okolicznościach do pracy jadę odpocząć. Dzwonię do przedszkola, a tam pogrom, powinno mnie to pocieszać, powinno. Zamiast tego nadrabiamy lekcje, bo 4 klasa to koniec dzieciństwa, mnożenie do potęgi i budowanie gnomonu. Co to do cholery jest gnomon??

Jestem zmęczona, sfrustrowana, zawirusowana, zła i pewnie zaraz trafi mnie PMS. Na moim grobie posadźcie bez i jaśmin.

rock the casbah

Jedyne, czego nie umiem wyrzucać, to książki. Poza tym sukcesywnie pozbywam się rzeczy, wywalam bez sentymentu. Mam tylko w jednej szafie półkę odzieżowych evergreenów, co do których łudzę się jeszcze, że schudnę. Najdziwniejsze, że wciąż mam jeszcze mnóstwo rzeczy do utylizacji.

znowu jesień

Będąc już starszą panią nie mogę za diabła przestawić się na nowy sposób działania blog.pl,  może to jest wiarygodny pretekst, że tak rzadko tu zaglądam. Pół roku przerwy i sama nie wiem, co miałabym powiedzieć. Idzie jesień i nerwowo rozglądam się za lotami w ciepłe strony, za diabła nie przetrwam 8 miesięcy w mroku, gnoju i chłodzie, nie ma bata.
Ciągnę życie korporacyjne, choć perspektywa bliskiego końca spowodowała dużo zmian i nowe spojrzenie, dzięki czemu udało się przetrwać co większe burze w zdrowiu psychicznym. O zgrozo, korporacja mami i kusi, żebym jednak została, a ja nie wiem, nie wiem, nie wiem za diabła, co zrobić. A skoro pojawiły mi się takie wątpliwości, to już samo w sobie powinno mi dać do myślenia. Nie śpię po nocach, zegar bije, a ja widzę w głowie bijący zegar i czuję się totalnie sparaliżowana.

W chwilach, kiedy nie myślę o rozwodzie albo wyrafinowanym mordzie na losowo wybranym potomku, nie prztwarzam akurat masowo żywności, to w gruncie rzeczy żyję dość wygodnie i nudno, i pewnie to jest faktyczny powód mojej rzadkiej blogowej aktywności.

kwiecień plecień

Odsłaniam rolety i mielę pod nosem kurwy równie siarczyste, co mróz na dworze, wspominam z czułością tego złamasa, który nie wynajął nam garażu, dzięki czemu mogę po razy pierdyliard setny odśnieżać samochód. No ale przynajmniej nie zamarzł w tym roku.

Dzieci czynią zimę znośną. One są takie czyste i nieskażone, jak ten biały skrzący puch. Kawałek plastiku pod tyłek i najdziksza, najlepsza zabawa jest na górce za domem. Nie wyszły nam ferie w Bieszczadach, bo od grudnia ktoś ciągle jest chory, karawana smarków, wykresów temperatur, nacieranych stóp, kropelek, tabletek, syropów, mam już alergię na Luxmed. Synowie moi za to mają alergię na roztocze i jeszcze jakieś inne syfy, więc dwoję się i troję, w tej nowej rzeczywistości, nawet moje wegańskie upodobania to przy tym pan Pikuś.

No tak, bo przestałam jeść mięso. Potem mleko i jego przetwory. No dobra, czasami wymiękam przy serach. No i jem jajka i miód, więc vegetalibowie by mnie już pewnie ukamienowali.

Ciągnę robotę dalej, bo się zobowiązałam dowieźć swoją działkę do końca. Łatwo nie jest i chwilami lękam się o swoje zdrowie psychiczne. Szczęśliwie praca z perspektywą końca pozwala nabrać dystansu. Co dalej nie wiem i chyba nie mam potrzeby się teraz nad tym zastanawiać. Ustawi łam się w trybie przetrwalnikowym, czekam na wiosnę.

To tyle.

słomiana wdowa, jak nigdy wcześniej, królowa logistyki i organizacji. dla psychicznego zdrowia kąpię się też w styczniu, w ubraniu. trzymać kciuksy, źeby się młodzież trzymała w zdrowiu, bo jedziemy do Zimy

hurricane

Chuj z listopadem, w grudniu byłam w Kenii!

Kiedy kończyliśmy zdjęcia, właśnie wtedy był pogrzeb mjra. Stary, oglądając żyrafy i słonie w ich naturalnym środowisku ryczałam jak bóbr, że nie zdążyłam Ci ich pokazać, ale jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że Ci się podobała moja celebracja.

Afryka dzika zapadła mi w sercu i kochany blogasku, zaczynamy d ługie i mozolne przygotowania, żeby za niedługo (liczone niestety w latach) zabrać młodzież pod pachę i pojechać z nimi dookoła świata. Howgh!

Połowa stycznia (dziś dokładnie) ma tę magiczną wartość, godną odnotowania że złożyłam dziś wymówienie z pracy, ufarbowałam włosy na czerwono i idę zrobić nowy tatuaż.