hurricane

Chuj z listopadem, w grudniu byłam w Kenii!

Kiedy kończyliśmy zdjęcia, właśnie wtedy był pogrzeb mjra. Stary, oglądając żyrafy i słonie w ich naturalnym środowisku ryczałam jak bóbr, że nie zdążyłam Ci ich pokazać, ale jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że Ci się podobała moja celebracja.

Afryka dzika zapadła mi w sercu i kochany blogasku, zaczynamy d ługie i mozolne przygotowania, żeby za niedługo (liczone niestety w latach) zabrać młodzież pod pachę i pojechać z nimi dookoła świata. Howgh!

Połowa stycznia (dziś dokładnie) ma tę magiczną wartość, godną odnotowania że złożyłam dziś wymówienie z pracy, ufarbowałam włosy na czerwono i idę zrobić nowy tatuaż.

spocznij!

Listopad był naprawdę trudny. Miałam masę roboty, czasami mam wrażenie, że korpo i dwójka dzieci wysysają tak bardzo życie z człowieka, że niewiele już zostaje. Raz w miesiącu zaliczam zjazd, keidy mam dość, składam wymówienie i zajmuję się renowacją mebli, prowadzeniem niszowego lokalu wegańskiego, robię sztukę itepe. Wszystko w głowie.

Moim ciasteczkiem, wisienką na torcie był koncert the Gossip, a potem jeszcze Florence and the Machine, które spontanicznie zmieniło się w weekend bez dzieci, zagranico.

I tak było, bardzo intnesywnie, bo w jednym tygodniu leciałam do Moskwy, za zaraz potem pakowałam torbę do Berlina, z międzyczasie kiedy wypisywałam się z hotelu, dzwonił W., że właśnie wraca ze szpitala z młodym, bo młody jak co roku lubi nam zapewnić wrażenia ekstremalne.

Wracam z Berlina, w głowie hula wiatr i myśli rewolucyjne, muszę oddzwonić do M.

Tylko, że M już nie ma, zostawił nas bez uprzedzenia. Obrazek się nie sklei. Był najbardziej niezwykłą barwną postacią, jaką miałam przyjemność poznać za pośrednictwem bloga, i w ogóle w życiu. Nie umiem o tym opowiadać, żeby nie brzmieć śmiesznie, albo patetycznie, więc zacytuję:

Trzeba wstawać o świcie i paść się życiem, spanie do południa to obelga w twarz Bogu rzucona. Spocznij, wolno palić.

move in move out

blog przeprowadzony, ale nie wiem, trzymam go z sentymentu chyba przede wszystkim, nie umiem się rozstać. Nowe zapleczenie nie powala. Jak rozpracuję, to się jeszcze może ustosunkuję.

home

Zasypiam przed telewizorem, kiedy młodzież ogląda dobranockę. Kiedy kładę ich spać i właśnie zaczyna się dzień tylko dla mnie, cała senność mija. Odkurzam zaległe do obejrzenia filmy, wywlekłam jeszcze bardziej zaśniedziałego itunesa. Systematycznie przerzucam tam zawartość płyt, kto by pomyślał, że nie będzie mi się chciało ich trzymać. Z wyjątkiem kilku ładnie wydanych evergreenów.  Czytam książkę, po kawałeczku, po rozdziale i wtem! jest głeboka noc, i znowu będę rano wrakiem.

W ciągu dnia mam tyle doznań, że w ostatnim czasie preferowałam ciszę. Wyłazi fizyczne zmęczenie, ostatni miesiąc był hardkorem. A mimo to słońce mnie nie opuszcza, trzymam się tego kurczowo i pielęgnuję. Dość świezo w pamięci mam siebie sprzed pół roku i wiem, bardzo wiem, że nigdy więcej nie być tam, gdzie byłam wtedy głową. 

 

 Proporcje są właściwe, kończę terapię, jadę na wakacje.
-3 kg. 17 to go. :)

kevin sam w domu

Pierwszy raz odkąd jesteśmy dorośli (czyli odkąd mamy dzieci), wystosowaliśmy młodzież na 2 tygodnie z babcią nad morze.
Matko bosko!

U nich padało, w tych 16 stopniach. Obaj młodzieńcy, a w końcu i babcia zapadli na jakiś wirusowy tyfus i pokryli się czerwonymi plackami, wiec kiedy w końcu pokazało się słońce,  musieli być w długich rękawach na plaży. Co więcej syn mój młodszy, znany także jako czołg, ostatniego dnia poobrywał znajomej nadmorskiej gaździnie wszystkie kwiaty i pąki jej z dumą chodowanych lilii, skutkiem czego pewnie jesteśmy już na czarnej liście i miejscówka spalona.

My w tym czasie, kiedy nie oddawaliśmy się naszym korporacjom, prażyliśmy się w skwarze, a mając wszystkie wieczoronoce WOOOOOLNEEEE, staraliśmy się mocno nadrobić wszystkie możliwe zaległości. I ciężko mi teraz wyjść z nałogu. Nałogów.

Hm.
Poza tym obcięłam włosy i chyba znowu spróbuję schudnąć 20 kilo, a co tam.

koko sroko

Uciekliśmy od wszystkiego, co związane z euro, jestem poza i jest mi z tym znakomicie.
Z rozbawieniem zbieram tylko kolekcję obrazków – kefir kibica, flaki kibica, przekąska w proszku kibica, gówno w papierku kibica.

Na wsi błogo i spokojnie, tak samo w mojej głowie.
Prace fizyczne na świeżym powietrzu doskonale czyszczą głowę z korpo blekotu.
Synowie budzą mnie na śniadanie, które sami zrobili (mamo! tituss kupki niesie duzio, a ja jeden! i ja chlep tu dałem i sser!),
Na stole bukiet niezapominajek, słońce pali ramiona a ja zamieniam się w budyń.
Nad ranem ptaki wrzeszczą tak, że nie idzie spać, noce jasne i rozgwieżdżone, dym z ogniska łzy wyciska.
Lowe krowe (mamo! tam klowa! jaki ona kolol ma?), miód i cukierki.

Brakuje mi małego puzla w układance, ale pracuję jak mróweczka.
Pamiętniczku – trzymaj za mnie kciuki.

666

I tak oto strzeliła kolejna wiosna.
Ekstatyczne pląsy nad ranem i leniwy seks po przebudzeniu.
Jest mi absolutnie dobrze dobrze dobrze i tyle dobrych ludzi wokół.

Powietrze (jak to w maju) gęste od bzu i jaśminu, co mi w głowie robi rewolucję i ekstazę.

time of my life

Po 2 miesiącach chyba mogę powiedzieć, że jest dobrze.
Nie boli mnie ciało (prawie) ani dusza. Jestem taflą jeziora i jeszcze trochę, a pokocham świat.
W głowie mam wielki plan czteroletni i niech będzie, że to moje (nasze?) światełko w tunelu.

Magazynuję w głowie dobre momenty.

Małe golasy biegające po trawie, z piskiem uciekające przed polewaczką.
Mały ekspansywny człowiek generuje setki słów, powinnam notować co lepsze.
-Mamo, moja kupa lila, nie ziuta, nie zie-lo-na! Moja kupa teńca mamo! O, moja teńca tutaj! Ja isi teńca!
- Paniu plose ka-ba-noss! Paniu mi loda njam njam nje? Ja tu niamniu, ja lubie to! Plose! Dzieńkuje paniu!
- O moja pupa, moje koleno! Ja tu bam i kuj kuj, ale nitz mamo! Ja tu ziuuu!
-A ten kolol? A ten guos? To ziaba guos! To ptak hu-hu! A ja tu ozieł mam. Ja ozieł! A mama – mamaozieł. A Tituss hu-hu! A tata tip-tip!

Zbieram siły, niedługo powrót do rzeczywistości.
W głowie współny taniec z ostatniego wesela.

wu staneło do góry dnem i udaje, że jest em

Nienawidzę się rozdzielać. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, nie mogę spać. Mimo, że są dni, kiedy najchętniej bym uciekła, to kiedy jestem w końcu sama, nie wiem, co ze sobą zrobić. Śpię na Twojej połowie, szukam wszaych śladów i bezwiednie powtarzam dziecięce dialogi.

Późno w nocy oglądam filmy, żeby zagłuszyć natrętne myśli a gdyby, jeśliby.
Nikt mnie nie uprzedził, że zakładając rodzinę będę się tak często bać (ani też, że znowu będę przerabiać całą szkołę). Bąć się o wasz bezpieczny powrót, o wysokie gorączki i wizyty szpitalne, czy któryś nie wpadnie pod samochód, czy nie zrobi sobie krzywdy na obozie, czy pan od tańców i pan od karate to dobrzy ludzie i mogę tak długo, gdyby nie to, że części nawet boję sie pomyśleć głośno. Odpukać.
Jesteście całym moim wszechświatem i tęsknię diabelnie.

say hello to heaven

Tabletki na szczęście, tabletki na spanie, na ból głowy, ból duszy. Przynajmniej mam zdrowe zęby. Po trzech tygodniach oddalenia zaczęłam spać.
Zapadam się w czarną dziurę i nic, nie ma mnie, nic do mnie nie dociera. Ranki nie istnieją, dzień rozpoczynam późno i pierwszy raz od nie wiem kiedy czas leje mi się przez palce.

Wytrzebiam a właśnie, że sobie poradzę, powinnam, muszę, trzeba, idę po naprawdę małej linii oporu. Da się. Chłonę wszystkich dobrych ludzi wokół, potrzebuję tego, jak nigdy. Moje dzieci wzruszają a dziad jest dla mnie przedobry. Potrzebuję gruntownej zmiany w życiu i najgorsze, że nie wiem, w którą stronę mam iść.

virtual insanity

To był zawsze taki dobry wentyl bezpieczeństwa,
spuścić łajno w eter, w pustkę, ulżyć sobie, nie zwariować.

W środku pusto, zimno, wieje i pada, niezależnie od okoliczności zewnętrznych.
Bezsenne noce, poranne korki jak we śnie, przekrwione oko, żołądek na supeł.
Ciemne okulary, żeby nikt nie widział, że płaczesz całą drogę,
zaciskasz zęby i mdli, ale pokazujesz światu poprawną, wyuczoną wersję.
Po stronie winien rosną ogony, po stronie ma, nie ma nic.
Pęknięcie rośnie, ból głowy staje się nie do zniesienia,
przychodzi taki dzień, że Cię życie przerasta i nie wstajesz, po prostu.

W cichym pokoju na uboczu masz wyłożyć swoje kwestie,
rzeczowo i racjonalnie. Zamiast tego płaszczesz, płaczesz,
nie możesz przestać, nie możesz złożyć jednego zdania.

Czas przepływa przez palce, siłą rozpędu próbujesz planować, ale to już nie działa.
Będę lepić na nowo.